Perfumy te są autorstwa Bruna Jovanovica. Kwiatowo-owocowa kompozycja otwiera się nutami świeżej, soczystej mandarynki i bergamotki, którym towarzyszy urzekający aromat kwiatu wiśni. Następnie ujawnia się kwiatowe serce złożone z esencji róży, jaśminowca i fiołka. Baza złożona z suchego drzewa sandałowego i ciepłego piżma została uzupełniona orzeźwiającą, lekką nutą bambusa.
Czy taki skład ma coś wspólnego z klasyczną Euphorią? Niewiele. Poza piżmem, które jest „klasycznym” składnikiem większości perfum, oba zapachy zawierają tylko jeden wspólny składnik – fiołek – który w klasycznej Euphorii nie odgrywa właściwie większej roli. Natomiast w wersji Endless jest dość dobrze wyczuwalny.
Euphoria Endless miała być w założeniu dzienną wersją swego pierwowzoru, który charakteryzuje się ogromną projekcją i trwałością, a tym samym nie jest zapachem idealnym do biura czy na upalne lato. W tym względzie wersja Endless spełniła swoje zadanie. Jest na tyle lekka, by bez obaw o nosy i głowy naszych kolegów nosić ją do pracy ;) Jednocześnie jej trwałość i inetensywność pozostaje na dobrym poziomie, więc nie można uznać tego zapachu za zwykły świeżak.
Czy można uznać, że perfumy te to rzeczywiście kontynuacja słynnej poprzedniczki? Mimo, że skład kompozycji udowodnił nam, że perfumy mają ze sobą niewiele wspólnego, ja mam nieodparte wrażenie, że Euphoria Endless w pewnym sensie oddaje ducha pierwowzoru. Być może dlatego, że obydwa zapachy wprawiają w dobry humor? A może z powodu charakterystycznego flakonu-łódeczki?